Duchowość Karmelu
Karmel to pasmo gór w Izraelu. To miejsce modlitwy proroka Eliasza i początków życia pustelniczego. Jest wyniosły i piękny. Ma w sobie coś surowego, a jednocześnie przyciąga.
I podobnie bywa z duchowością Karmelu. Z zewnątrz może wyglądać surowo, jakby chodziło o „odcięcie” od świata. A w środku jest coś innego: bliskość.
Karmel przypomina nam, że Bóg nie jest dalekim sędzią. Jest Przyjacielem. Mieszka w „zamku” naszego serca – w samym jego centrum.
Zawołanie Karmelu brzmi: „Zelo zelatus sum pro Domino Deo exercituum”, czyli „Żarliwością rozpaliłem się o chwałę Pana, Boga Zastępów”. Cel karmelitów i karmelitanek jest prosty: zjednoczyć się z Bogiem przez modlitwę i życie duchowe.
Kiedy mówimy o Karmelu, szybko trafiamy do XVI wieku. To wtedy działali dwaj wielcy reformatorzy: św. Teresa od Jezusa i św. Jan od Krzyża. Kościół ogłosił ich Doktorami Kościoła. Oboje chcieli na nowo rozpalić miłość do Jezusa. Pisali wprost: Chrystus jest blisko. Idzie z nami, podnosi nas i prowadzi. Kocha miłością, której nic nie zastąpi. A jednocześnie czeka na naszą odpowiedź. I choć czasem trudno w to uwierzyć, Bóg naprawdę chce z każdym z nas osobistej, bliskiej relacji.

Święty Jan pisze:
„I nie należy uważać za niewiarygodne, że na duszy doświadczonej i wypróbowanej, oczyszczonej w ogniu utrapień, prac i różnych pokus, a która pozostała zawsze wierna w miłości, spełnia się w tym życiu to, co przyrzekł Syn Boży, mianowicie, że jeśli kto Go miłuje, przyjdzie do niego Trójca Przenajświętsza i uczyni w nim swe mieszkanie (J 14,23), tj. oświecając boskim sposobem jego rozum w mądrości Syna, uweselając jego wolę w Duchu Świętym i sprawiając, że zostanie pochłonięty całkowicie i z niezmierną mocą w uścisku Ojca i bezmiarze Jego słodyczy.” (ŻPM 1, 15)
A św. Teresa tak pisze:
„Niech nic cię nie przeraża,
niech nic cię nie trwoży.
Wszystko przemija,
Bóg się nie zmienia.
Cierpliwość osiąga wszystko.
Kto ma Boga, niczego mu nie brak:
Bóg sam wystarcza.”
Karmel pokazuje też konkretną drogę do zjednoczenia z Bogiem. Tu, na ziemi, to nie jest „widzenie”. To jest wiara i zaufanie, że Bóg jest i działa.
To piękna droga, ale wymagająca. Nie wszystko przychodzi od razu. Jest wysiłek i praca nad sobą. A jednocześnie jest łaska – to ona podtrzymuje i prowadzi.
Św. Jan od Krzyża mówi o tym tak:
„Przyczyną zaś, dla której wspomniane trudy są niezbędne, aby dojść do tego stanu, jest to, że jak szlachetny napój umieszcza się tylko silnych, przygotowanych i oczyszczonych naczyniach, tak również te najwyższe zjednoczenie może nastąpić tylko w duszy umocnionej trudami i pokusami oraz oczyszczonej przez udręki, ciemności i przykrości. Przez pierwsze bowiem oczyszcza się i umacnia część zmysłowa, a przez drugie uszlachetnia się, oczyszcza i przygotowuje sam duch.” (ŻPM 2,25)


Po co to wszystko?
Żeby kochać bardziej. Żeby dać się Jezusowi kochać i pozwolić, by ta miłość nas zmieniała. To jest droga stawania się naprawdę sobą. Tym, kim jesteś w Bogu. A jesteś Jego ukochanym dzieckiem. Jesteś powołany do bliskości z Nim – do miłości i do szczęścia, którego nikt inny nie potrafi dać.
I ważne: to nie jest droga tylko dla zakonników. Jest dla każdego, kto chce być bliżej Boga i ma odwagę pozwolić Mu się prowadzić – także przez oczyszczenie.
Święta Teresa od Jezusa bardzo uprościła myślenie o modlitwie. Powiedziała, że to „poufne spotkanie z Tym, o którym wiemy, że nas kocha”. To może dotyczyć każdego z nas.
Na tej drodze pomaga Maryja, która „zachowywała wszystkie sprawy w swoim sercu”. Pomaga też prorok Eliasz – wzór pierwszych karmelitów żyjących na górze Karmel – oraz liczni święci Karmelu.
